top of page

Okupacja

Ucieczka ze stryjskiego szpitala

Po potyczce pod Koniuchami ciężko ranny rotmistrz Henryk Roycewicz dostał się do niewoli sowieckiej. Przestrzelone kolano wymagało skomplikowanej operacji. Ze Starego Sambora przewieziono go najpierw do Lwowa, a ponieważ tamtejsze szpitale były przepełnione rannymi, ostatecznie trafił do szpitala w Stryju.

Umieszczono go w separatce, pod strażą. Wiadomość, że jednym z rannych jeńców jest srebrny medalista olimpijski z Berlina i znany polski jeździec, szybko rozeszła się wśród personelu.

„Fakt, że byłem znanym sportowcem, pozwalał mi przetrwać te ciężkie chwile – wspominał po wojnie. – Moją separatkę, choć była pod strażą, często odwiedzali lekarze, pytając o stan zdrowia. To bardzo podtrzymywało na duchu”.

Za pośrednictwem lekarzy i pielęgniarek docierały do niego wiadomości o losach 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Były tragiczne. Pułk poniósł ogromne straty, a dwudziestu jego oficerów, którzy znaleźli się w niewoli sowieckiej, zostało później zamordowanych w Katyniu.

Pierwsza operacja kolana nie przyniosła poprawy. Roycewicz nadal poruszał się z wielkim trudem. Tymczasem z upływem miesięcy szpitalny reżim stawał się mniej rygorystyczny. Według powojennej relacji rotmistrza właśnie wtedy, przy pomocy zaprzyjaźnionych lekarzy i pielęgniarek, przygotowano jego ucieczkę. W przebraniu wyprowadzono go do szpitalnego ogrodu, skąd samochodem dotarł na dworzec i pociągiem pojechał do Lwowa.

We Lwowie działała komisja zajmująca się wymianą jeńców. Roycewicz podał się za zwykłego żołnierza, posłużył zmienionym nazwiskiem i uzyskał zgodę na wyjazd na tereny okupowane przez Niemców. W kwietniu 1940 roku dotarł do Krakowa.

Okoliczności opuszczenia sowieckiej niewoli przedstawiane są w zachowanych źródłach niejednoznacznie. Powyższy opis opiera się na powojennej relacji Henryka Roycewicza. W dokumentach komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, sporządzonych wiele lat później w związku z prowadzonym przeciwko niemu śledztwem, pojawia się odmienna wersja tych wydarzeń.

Rok w Krakowie

Do Krakowa przyjechał wynędzniały, w wytartym mundurze szeregowca, poruszając się o kulach. Kampania wrześniowa, rana i miesiące sowieckiej niewoli pozostawiły wyraźne ślady. Lewa noga była niemal całkowicie unieruchomiona.

Pomoc znalazł u krakowskich sióstr zakonnych, które zaopiekowały się rannym oficerem i pomogły w dalszym leczeniu. Jednocześnie musiał się ukrywać. Okupacyjny Kraków był miastem terroru, a niemieckie władze szczególnie intensywnie poszukiwały oficerów Wojska Polskiego i ludzi podejrzewanych o działalność konspiracyjną.

Dla Roycewicza zagrożenie było tym większe, że przed wojną należał do osób powszechnie rozpoznawalnych. Jego fotografie po igrzyskach olimpijskich w Berlinie publikowała prasa w całym kraju. Na ulicę wychodził więc rzadko, w czapce głęboko nasuniętej na oczy. Każde pukanie do drzwi mogło oznaczać niebezpieczeństwo nie tylko dla niego, lecz także dla ludzi udzielających mu schronienia.

Nie zastosował się do niemieckiego zarządzenia nakazującego rejestrację polskich oficerów. Dzięki przyjaciołom zaczął natomiast nawiązywać pierwsze kontakty z konspiracją.

Na początku 1941 roku jego sytuacja zmieniła się. Kolejna operacja kolana zakończyła się powodzeniem. Nogę udało się uratować. Wiadomo już było, że choć będzie chodził o lasce, odzyska samodzielność.

W kwietniu 1941 roku opuścił Kraków. Centrum polskiego ruchu oporu znajdowało się w Warszawie. Tam zamierzał być potrzebny.

Logo batalionu AK "Kiliński"

BATALION ARMII KRAJOWEJ "KILIŃSKI"

 

Choć życie śle za ciosem cios

Ufaj w potęgę swoich sił

Cierp skoro nasz jest taki los

Do krwi ostatniej kropli z żył

          Śmiało za bary życie bierz

          Nie ustąp ani kroku w tył

          I w słuszność swojej drogi wierz

          Do krwi ostatniej kropli z żył

Niech w ziemię krwawy wsiąknie pot

Na znak żeś w walce mężny był

Niech życie granit kuje młot

Do krwi ostatniej kropli z żył

          A kiedy zginiesz druhu nasz

          I ciemny grób cię będzie krył

          Swej wielkiej pracy pomnik dasz

          Do krwi ostatniej kropli z żył

Zbigniew Betlejewski     

 

Autor tego wiersza, napisanego 6 stycznia 1944, był​żołnierzem 1 kompanii; pseudonim "Skrzypek"

Batalion AK „Kiliński”

W Warszawie Roycewicz nawiązał kontakt z dawnymi kolegami z 25. Pułku Ułanów, zaangażowanymi w działalność Związku Walki Zbrojnej. Doświadczenie zawodowego oficera, umiejętności dowódcze i znajomość broni czyniły z niego cennego człowieka dla rozwijającego się podziemia.

Paradoksalnie pomagało mu również wojenne inwalidztwo. Elegancki pan w średnim wieku, chodzący z laską i posiadający kartę inwalidzką, bardziej przypominał urzędnika niż oficera przygotowującego ludzi do przyszłej walki.

W lutym 1942 roku powierzono mu funkcję oficera broni IV Rejonu Armii Krajowej. Odpowiadał za zdobywanie, magazynowanie i utrzymywanie w sprawności uzbrojenia przechowywanego w zakonspirowanych składach na terenie Warszawy. Broń kupowano, zdobywano na okupantach, przemycano, a z czasem także produkowano w tajnych warsztatach AK.

W październiku 1943 roku Henryk Roycewicz został mianowany dowódcą Batalionu AK „Kiliński”. Przyjął pseudonim „Leliwa” – od rodowego herbu.

Batalion miał za sobą już kilka lat konspiracyjnej działalności. Jego początki sięgały 1940 roku. W oddziale spotkali się ludzie bardzo różnych środowisk: oficerowie rezerwy, harcerze, robotnicy warszawskich fabryk, studenci i uczniowie. Prowadzono szkolenia wojskowe, kursy podchorążych, łączniczek i sanitariuszek, przygotowując żołnierzy do chwili, w której konspiracja miała przerodzić się w walkę. Roycewicz przywiązywał ogromną wagę do osobistego kontaktu z podkomendnymi. Uczestniczył w odprawach, szkoleniach, przysięgach i egzaminach podchorążych. Po latach wspominał, że wzajemne poznanie dowódcy i żołnierzy budowało zaufanie – w konspiracji będące podstawą bezpieczeństwa, a później, podczas Powstania, także podstawą wspólnej walki.

W tych latach życie prywatne niemal całkowicie splatało się z działalnością podziemną. 3 kwietnia 1943 roku Henryk Roycewicz poślubił Felicję Jaranowską, łączniczkę i sanitariuszkę Armii Krajowej. Rok później urodziła się ich córka Grażyna.

„Żona, jako łączniczka, rozwoziła rozkazy i broń w wózku dziecięcym, którym woziła na spacer naszą małą córeczkę Grażynę” – zapisał później Rotmistrz.

Wiosną i latem 1944 roku przygotowania do walki nabierały tempa. Batalion liczył już blisko tysiąc żołnierzy. Broni wciąż było za mało, ale szkolenia trwały, gromadzono wyposażenie, organizowano służby sanitarne, łączność i zaopatrzenie.

Roycewicz miał wówczas czterdzieści pięć lat. Był inwalidą wojennym, który pięć lat wcześniej został ciężko ranny i dostał się do sowieckiej niewoli. Teraz odpowiadał za ludzi, których miał wkrótce poprowadzić do otwartej walki.

Nadchodził 1 sierpnia 1944 roku.

bottom of page