top of page

Marsz na południe

Rozmowa "trójmęska"

o generale Andersie i rotmistrzu Roycewiczu

Rozmawiają:

Zbigniew Chmielewski

- dziennikarz, historyk, pisarz

Marcin Szczypiorski

- sportowiec, trener jeździectwa, wieloletni prezes Polskiego Związku Jeździeckiego

Stefan Roycewicz

 - bratanek Rotmistrza i gospodarz spotkania

Wideo nagrane 5 lipca 2024

Po zwycięskiej bitwie pod Krasnobrodem oddziały generała Władysława Andersa ruszyły na południe. Sytuacja Wojska Polskiego była już dramatyczna. Od zachodu nacierali Niemcy, od 17 września od wschodu Armia Czerwona. Jedyną nadzieją pozostawało przedarcie się ku granicy węgierskiej.

25 września rotmistrz Henryk Roycewicz został wezwany do dowództwa. Generał Anders, pochylony nad mapami, wyznaczył mu zadanie rozpoznania drogi prowadzącej przez Siedliska, Lipniki, Radonice, Krukienice, Wolę Sudkowską i Władypol do Koniuch. Z każdego punktu miał przesyłać meldunki o sytuacji.

Tego samego dnia po południu szwadron Roycewicza, wzmocniony plutonem karabinów maszynowych, ruszył w drogę. Żołnierze i konie byli skrajnie wyczerpani, ale noc spędzili w lesie. Nad ranem wzdłuż jego skraju pojawiła się kolumna sowieckich samochodów i czołgów. Padł przypadkowy strzał, wywiązała się krótka wymiana ognia i Sowieci się wycofali.

Ułani ruszyli dalej do Koniuch. Na drodze przywitały ich dziewczęta z kwiatami. Po wielu dniach marszu, walki i głodu żołnierze mogli wreszcie odpocząć. Zdobycznego niemieckiego konia wymieniono na prosiaka, przygotowano posiłek, a potem ułani ułożyli się do snu w stodołach, nie rozstając się z bronią.

Spokój trwał krótko.

Czujki dostrzegły zbliżających się jeźdźców, za którymi pojawiła się piechota, a następnie kolejne sowieckie oddziały. Wyrwany ze snu Roycewicz chwycił ręczny karabin maszynowy, dosiadł konia i pogalopował na skraj wsi. Niemal natychmiast znalazł się pod zmasowanym ogniem. Koń padł, trafiony w kręgosłup, przygniatając jeźdźca. Trzy kule ugodziły rotmistrza w nogę.

Sowieckie czołgi oskrzydlały wieś. Tylko części polskich żołnierzy udało się wydostać parowem w stronę lasu. Pozostali dostali się do niewoli.

Rannego Roycewicza otoczyli czerwonoarmiści. Po mundurze zorientowali się, że mają przed sobą dowódcę.

„Dziesięć bagnetów skierowało się w moją pierś” – wspominał po latach. Sytuację opanował dopiero sowiecki dowódca brygady. Kiedy jeden z oficerów zapytał Roycewicza, dlaczego strzelał do żołnierzy Armii Czerwonej, rotmistrz odpowiedział: „Jesteście oficerami i pytacie mnie, dlaczego strzelałem?”. Dowódca pokiwał głową i polecił lekarzowi: „Odpowiadacie za niego. Do szpitala z nim”.

Rannego ułożono na wymoszczonym słomą wozie. Wzdłuż drogi stali w dwuszeregu wzięci do niewoli ułani. Sowieci pytali ich, czy leżący na wozie oficer rzeczywiście jest ich dowódcą. Nikt nie zaprzeczył. Roycewicz został odwieziony do szpitala w Samborze.

Po latach porucznik Cichocki twierdził, że kwiaty, którymi witano ułanów w Koniuchach, były w rzeczywistości przygotowane dla wojsk sowieckich. Jego zdaniem wywiezienie ciężko rannego rotmistrza mogło uratować go przed samosądem ze strony miejscowej ludności ukraińskiej.

​​Koniec Nowogródzkiej Brygady Kawalerii

Tymczasem główne siły generała Andersa zbliżały się do Koniuch, gdzie zgodnie z wcześniejszym rozkazem miał na nie czekać Roycewicz ze swoim szwadronem. 27 września polskie oddziały natknęły się na znaczne siły sowieckie. Generał Anders próbował podjąć rozmowy, licząc, że uda się uzyskać zgodę na dalszy marsz na południe. Sowieci nie zamierzali jednak negocjować.

Rozpoczął się gwałtowny ostrzał artyleryjski, a następnie do natarcia ruszyły czołgi. Rozstawione na otwartej przestrzeni oddziały kawalerii znalazły się w niezwykle trudnym położeniu. W ciągu kilkunastu minut Nowogródzka Brygada Kawalerii została rozbita. Jej rozproszone pułki szukały schronienia w lasach.

25 Pułk Ułanów Wielkopolskich – z wyjątkiem szwadronu Roycewicza – dostał się do niewoli niemieckiej. Przy generale Andersie pozostała niewielka grupa żołnierzy. Wobec przewagi przeciwnika generał zdecydował o rozwiązaniu brygady. Oficerowie mieli próbować przedostać się do granicy węgierskiej, szeregowi mogli wracać do domów.

Rozpoczął się morderczy marsz przez lasy i górskie bezdroża. Kiedy dalsza droga konno stała się niemożliwa, ułani musieli pozostawić swoje konie. Przywiązali je do drzew i ruszyli pieszo. Zwierzęta zerwały jednak więzy i pobiegły za swoimi jeźdźcami. Trzeba było zawrócić i przywiązać je ponownie, tym razem mocniej. Odchodzącym żołnierzom długo towarzyszyło ich rżenie. Generał Anders zdjął ostrogi i wyrzucił je w zagajniku.

Był to symboliczny koniec szlaku Nowogródzkiej Brygady Kawalerii.

Marsz ku granicy trwał nadal. W pobliżu wsi Łastówka grupa Andersa została zaatakowana przez uzbrojonych mieszkańców. Generał odniósł ciężkie rany. Nie był już w stanie kontynuować drogi i 30 września dostał się w ręce sowieckie. Następnego dnia przewieziono go do Lwowa i osadzono w więzieniu Brygidki.

Dla Henryka Roycewicza wojna również wchodziła w nowy etap. Jeszcze kilka dni wcześniej dowodził szwadronem w zwycięskiej bitwie pod Krasnobrodem. Teraz, ciężko ranny, znajdował się w sowieckim szpitalu.

Kampania wrześniowa Rotmistrza dobiegła końca. Wojna – dopiero się zaczynała.

bottom of page