top of page

Warszawa po Powstaniu

„Cisza, przerażająca, śmiertelna cisza i obraz wielkiego, sięgającego po horyzont cmentarzyska. Tylko gdzieniegdzie z okien suteren i piwnic wystawały dymiące metalowe rury – świadectwo, że warszawiacy zaczynają wracać do swych domów” – tak rotmistrz Henryk Leliwa-Roycewicz zapamiętał pierwszą wizytę w Warszawie kilka miesięcy po Powstaniu.

W miejscach, gdzie walczyli jego żołnierze – na placu Napoleona, Świętokrzyskiej i Nowym Świecie – widział dziesiątki mogił. Zatrzymywał się przy nich, próbując odczytać nazwiska i pseudonimy poległych.

Po kapitulacji Niemcy przystąpili do systematycznego niszczenia miasta. Oddziały ogniowe podpalały domy, grupy saperskie wysadzały budynki. Do stycznia 1945 roku zniszczona została ogromna część Warszawy. Zginęły dziesiątki tysięcy jej mieszkańców, a setki tysięcy wypędzono z miasta.

Dla Henryka i Luty Roycewiczów Powstanie oznaczało również osobistą tragedię. W niezwykle ciężkich warunkach zmarła ich ośmiomiesięczna córeczka Grażynka. Lekarze stwierdzili zatrucie pokarmowe. W rodzinie przez wiele lat o jej śmierci niemal nie rozmawiano.

Po podpisaniu 2 października 1944 roku układu o zaprzestaniu działań wojennych „Leliwa”, ciężko ranny podczas walk, znalazł się w szpitalu przy ulicy Płockiej na Woli. Jego ułański mundur zwrócił uwagę gestapowca, który zapowiedział, że zajmie się jego dalszym losem.

„Nie miałem na to zbytniej ochoty. Okryłem się płaszczem i wspierając się na kulach, wyszedłem na ulicę, gdzie udało się dołączyć do kolumny cywilów – kobiet, dzieci, starców, rannych i chorych”.

Podobnie jak pięć lat wcześniej w Stryju, ucieczka się udała. Razem z ludnością cywilną trafił jednak do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Ludzie stłoczeni byli w halach fabrycznych, spali na betonowej podłodze, brakowało żywności i opieki medycznej. Stan zdrowia rotmistrza szybko się pogarszał.

Przypadek sprawił, że wśród tłumu rozpoznała go córka znajomego ziemianina z okolic Grójca. Dzięki jej pomocy wydostał się z obozu. Do wkroczenia wojsk sowieckich ukrywał się w majątku Kośmin pod Grójcem.

20 lutego 1945 roku ujawnił się w Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Skierniewicach.

Wojna dla Henryka Leliwy-Roycewicza dobiegła końca. Nie oznaczało to jednak powrotu do dawnego życia. Już podczas pierwszych kontaktów z nową administracją zrozumiał, że jako przedwojenny oficer i dowódca batalionu Armii Krajowej znalazł się w kręgu zainteresowania nowych władz.

„Miałem zbyt wiele doświadczeń z lat 1919–1920 i potem kampanii wrześniowej 1939 roku, aby mieć jakiekolwiek złudzenia i wierzyć Sowietom”.

bottom of page