Kawalerzysta
Ułan z Prużany
Po ukończeniu Szkoły Podchorążych Kawalerii Henryk Roycewicz otrzymał przydział do 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich stacjonującego w Prużanie na Polesiu. Dla wielu młodych oficerów była to odległa kresowa prowincja, ale dla wychowanego na Litwie Roycewicza służba na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej była powodem do dumy.
25. Pułk należał do najbardziej zasłużonych jednostek polskiej kawalerii. Wsławił się podczas wojny polsko-bolszewickiej, zdobywając opinię pułku odważnego, zdyscyplinowanego i znakomicie wyszkolonego. To właśnie w jego szeregach młody podporucznik miał spędzić najważniejsze lata swojej wojskowej kariery.


"Polska Zbrojna. Historia" to kwartalnik wydawany przez Wojskowy Instytut Wydawniczy. Oferuje on bogactwo treści dla pasjonatów historii wojskowości, dostarczając rzetelnych i interesujących opracowań na temat polskiego dziedzictwa militarnego. Na jego łamach publikują uznani historycy.
W numerze 4/2024 opublikowano artykuł "Ułan z Prużany" autorstwa Zbigniewa Chmielewskiego, poświęcony Rotmistrzowi Leliwie-Roycewiczowi.

W tym samym czasie rodzina Roycewiczów opuściła Janopol, który po utworzeniu niepodległej Litwy znalazł się poza granicami Polski. Robert i Eugenia Roycewiczowie sprzedali rodzinny majątek i przenieśli się do Misiuczan pod Wilnem. To tam odtąd znajdował się rodzinny dom Henryka, do którego wracał podczas urlopów.
Już od pierwszych miesięcy służby zwrócił uwagę przełożonych. Był ambitny, obowiązkowy i znakomicie jeździł konno. Wkrótce został instruktorem w pułkowej szkole podoficerskiej, a w 1923 roku awansował do stopnia porucznika. W opiniach służbowych powtarzały się określenia: „wybitny oficer”, „świetny jeździec”, „doskonały instruktor”.
Naturalny talent, wyniesiony jeszcze z dzieciństwa spędzonego w Janopolu, połączony z wojskową dyscypliną sprawił, że szybko stał się najlepszym jeźdźcem swojego pułku. Wygrywał zawody pułkowe w ujeżdżeniu, skokach i władaniu bronią białą, znakomicie jeździł na nartach, dowodził plutonem narciarzy i należał do najlepszych zawodników w skijöringu. Coraz częściej zwracali na niego uwagę instruktorzy polskiej kawalerii. Przełom nastąpił jesienią 1923 roku podczas pierwszych Mistrzostw Konnych Wojska Polskiego „Militari”. Choć nie zachowały się pełne wyniki zawodów, właśnie tam dostrzeżono jego wyjątkowy talent. Nagrodą było skierowanie do Centralnej Szkoły Kawalerii w Grudziądzu na elitarny kurs instruktorów jazdy konnej. Był to pierwszy krok na drodze, która kilkanaście lat później zaprowadziła go na olimpijski stadion w Berlinie.
Polska szkoła jeździecka
Po odzyskaniu niepodległości Wojsko Polskie stworzyło w Grudziądzu nowoczesny system szkolenia kawalerii. Doświadczonych instruktorów przybyłych z armii rosyjskiej, austriackiej, niemieckiej i francuskiej połączył wspólny cel – wychowanie nowego pokolenia polskich jeźdźców. Z połączenia różnych tradycji narodziła się słynna polska szkoła jeździecka, która już w latach dwudziestych zaczęła zdobywać uznanie na całym świecie.
Pierwsze sukcesy przyszły szybko. W 1924 roku podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu Adam Królikiewicz zdobył pierwszy w historii Polski medal olimpijski w jeździectwie, a Karol Rómmel znalazł się w ścisłej światowej czołówce WKKW. Dwa lata później polscy oficerowie sensacyjnie zwyciężyli w prestiżowym Pucharze Narodów w nowojorskiej Madison Square Garden, zachwycając publiczność stylem jazdy i doskonałym wyszkoleniem. Zagraniczna prasa pisała, że sukces ten był przede wszystkim zwycięstwem umiejętności polskich jeźdźców, a nie jakości ich koni.
W tym właśnie środowisku dojrzewał sportowo porucznik Henryk Leliwa-Roycewicz. Pobyt w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu ukształtował go jako jeźdźca i zawodnika. W wojskowych mistrzostwach „Militari” odnosił coraz lepsze wyniki, zwyciężając między innymi w jeździe przepisowej oraz zajmując czołowe miejsca w ujeżdżeniu i wieloboju. W 1928 roku walczył o miejsce w reprezentacji olimpijskiej na igrzyska w Amsterdamie, jednak zabrakło mu jeszcze doświadczenia. Porażka okazała się cenną lekcją – kilka lat później należał już do najlepszych jeźdźców świata.

Gdyby nie miłość do koni…
„Życie sportowca nie jest usłane różami” – mówił po latach Henryk Roycewicz. Sam przekonał się o tym bardzo wcześnie. Niepowodzenia w pierwszych eliminacjach olimpijskich nie odebrały mu wiary w sukces. Wiedział, że lata spędzone w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu pod okiem ppłk. Karola Rómmla nie pójdą na marne.
„Rómmel wprowadzał nas w najtajniejsze arkana współpracy z koniem i pokonywania przeszkód. Z tą wiedzą można było spokojnie pokazywać się na zawodach w całej Europie.”
Przełom nastąpił w 1928 roku. Podczas międzynarodowych zawodów w Warszawie młoda reprezentacja Polski zdobyła Puchar Narodów, wyprzedzając Francję i Włochy. Porucznik Henryk Roycewicz należał do bohaterów zawodów, a podczas uroczystego bankietu w Hotelu Europejskim odebrał trzy okazałe puchary.
Rok 1929 przyniósł kolejne sukcesy. Polacy startowali w Nicei, Warszawie, Budapeszcie i Rzymie, rywalizując z najlepszymi jeźdźcami Europy. Roycewicz niemal w każdym konkursie plasował się w ścisłej czołówce, a jego nazwisko coraz częściej pojawiało się w sportowych kronikach. Polska szkoła jeździecka zdobywała międzynarodowe uznanie, a młody oficer był jednym z jej najzdolniejszych przedstawicieli.
Sukces miał jednak swoją cenę. Większość czasu spędzał poza pułkiem – na kursach, zgrupowaniach, zawodach i leczeniu kontuzji. Nie wszystkim przełożonym podobała się rosnąca popularność sportowca, dlatego wojskowe awanse przychodziły znacznie wolniej, niż można było oczekiwać.

...i powodzenie u pań
Przystojny ułan, świetny jeździec i znakomity tancerz szybko stał się ulubieńcem salonów. Ułani z Prużany byli ozdobą balów organizowanych na Nowogródczyźnie, a Henryk Roycewicz należał do najbardziej rozchwytywanych partnerów.
Jego bratowa Jadwiga Roycewicz wspominała:
„W ułańskim mundurze Henryk pięknie się prezentował. Był bardzo przystojnym młodym człowiekiem, mającym wielkie powodzenie u kobiet. W swoim towarzystwie nazywały go «Pięknym Heniem».”
Na jednym z balów poznał Wandę Marię Strawińską z domu Wołłowiczów, starszą od niego o dziesięć lat przedstawicielkę starego litewskiego rodu. Ich romans szybko stał się tematem plotek całej Nowogródczyzny. Mówiono nawet, że przyszła żona wniesie w posagu dwa znakomite konie sportowe – The Hoop i Black Boy.
Ślub odbył się 24 października 1927 roku w kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie. Małżeństwo nie przetrwało jednak próby czasu. Henryk większość życia spędzał w koszarach i na zawodach, a rozwód wywołał w środowisku wojskowym wiele komentarzy. Pamiątką po tym związku pozostały dwa konie, które przez następne lata miały odegrać ważną rolę w jego sportowej karierze.




