top of page

Warszawa przed "Burzą"

Wczesnym latem 1944 roku każdy dzień przynosił wiadomości budzące nadzieję. Armia Czerwona szybko posuwała się na zachód, alianci po lądowaniu w Normandii umacniali swoje pozycje we Francji, a wojska niemieckie cofały się na wszystkich frontach. W Warszawie coraz powszechniejsze było przekonanie, że koniec okupacji jest bliski.

„Polacy pałali chęcią zemsty za lata upokorzeń, za krzywdy, których doznał nasz naród i za miliony pomordowanych rodaków” – pisał Jan Nowak-Jeziorański. Szczególnie wśród młodzieży pragnienie walki było ogromne.

Dla żołnierzy Armii Krajowej pytanie nie brzmiało już: czy walczyć, lecz: kiedy padnie rozkaz.

Sytuacja była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zbliżająca się Armia Czerwona nie oznaczała pewnego odzyskania niepodległości. Stalin nie zamierzał uznać polskiego rządu w Londynie ani współpracować z Armią Krajową. Na terenach zajmowanych przez Sowietów oddziały AK były rozbrajane, a ich oficerowie aresztowani. Tak stało się między innymi w Wilnie i Lwowie.

Czy wypędzenie Niemców i wkroczenie wojsk sowieckich oznaczać będzie wolność, czy początek nowego zniewolenia?

Warszawa tymczasem przygotowywała się do walki. Do oddziałów zgłaszali się kolejni ochotnicy.

„Młodszych odsyłałem do «Szarych Szeregów» lub służb pomocniczych – wspominał rotmistrz Roycewicz. – Tych, którzy mieli walczyć, kierowałem na szkolenia różnego typu: strzeleckie, saperskie, motorowe, sanitarne, łączności. Każdego ze swoich przyszłych żołnierzy chciałem poznać osobiście”.

Henryk Leliwa-Roycewicz objął dowództwo IX Zgrupowania, obejmującego znaczną część śródmieścia Warszawy. Pierwszym zadaniem było dokładne rozpoznanie terenu, zdobycie planów najważniejszych gmachów zajętych przez Niemców oraz ustalenie liczebności i uzbrojenia ich załóg.

Depesza-szyfr z 25 lipca 1944 podpisana przez gen. Sosnkowskiego

Przez wiele tygodni łączniczki obserwowały wytypowane obiekty, notując zmiany wart, liczbę żołnierzy i sposób zabezpieczenia budynków. Pod koniec maja gotowy był plan pierwszych uderzeń. Wśród dziesięciu obiektów znalazły się m.in. PAST-a przy Zielnej, gmach PKO, Prudential, Poczta Główna, Miejskie Zakłady Komunikacyjne oraz niemieckie koszary przy ulicach Moniuszki i Górskiego.

Roycewicz przywiązywał ogromną wagę do przygotowania.

„Na odprawach zwracałem uwagę, żeby w godzinie «W» działać według planów, a nie improwizować. [...] Nasz plan przewidywał, że w przypadku powodzenia jakiejś akcji żołnierze natychmiast włączają się do walki na sąsiednim obiekcie, udzielając pomocy kolegom”.

Wyznaczono punkty dowodzenia, kwatery wyczekiwania i system łączności. Kwatera dowódcy mieściła się na pierwszym piętrze domu na rogu Jasnej i Świętokrzyskiej, w biurze inżyniera Stanisława Grabianowskiego.

28 lipca dowództwo AK ogłosiło pogotowie. Do godziny dwudziestej kwatery wyczekiwania Batalionu „Kiliński” wypełniły się żołnierzami.

„Byłem dumny ze swych żołnierzy – pisał Roycewicz – gdyż wykazali należytą sprawność [...]. Alarm 28 lipca wykazał, że batalion śmiało i z wielkim zapałem przystąpi do walki”.

Żołnierzom wydano biało-czerwone opaski z literami AK, godłem państwowym i numerami plutonów. Broni było dramatycznie mało – wystarczało zaledwie dla części ludzi. Zakładano więc, że trzeba będzie zdobywać ją na przeciwniku.

31 lipca po południu zapadła decyzja. Generał Tadeusz Bór-Komorowski wydał rozkaz rozpoczęcia powstania 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00. Jeszcze tego samego wieczoru setki łączniczek ruszyły przez Warszawę, przekazując oddziałom wiadomość o godzinie „W”.

Batalion „Kiliński” miał walczyć w jednym z najważniejszych strategicznie rejonów miasta. Jego żołnierze i dowódca nie dopuszczali jednak do siebie myśli o klęsce.

„Rotmistrz święcie wierzył w zwycięstwo – wspominała bratanica żony, Iwona Jaranowska-Kaiser. – Był przekonany, że łatwo i szybko zwyciężymy. Kilka dni i Warszawa będzie wolna. Tuż przed wybuchem powstania sprowadził do stolicy wszystkie meble i obrazy. Zastanawiał się, jak rozplanować swoje warszawskie mieszkanie. Tym samym transportem miał zamiar sprowadzić także swoich najbliższych. Na szczęście rodzina została na prowincji”.

bottom of page