Powrót do życia
Wiosną 1954 roku Henryk Roycewicz opuścił więzienie i wrócił do Warszawy. Po kilku latach za kratami świat wydawał mu się inny. Zmieniło się miasto, osiedle przy Wawelskiej, własny dom. Zmienił się także jego syn. Olgierd, którego zapamiętał jako małego chłopca chętnie siadającego mu na kolanach, chodził już do szkoły. Dla niego z kolei schorowany, znacznie starszy ojciec, który nagle pojawił się w domu, był niemal obcym człowiekiem.
Wyjście z więzienia nie oznaczało jednak odzyskania normalnego życia. Nadal obowiązywała kara pozbawienia praw publicznych i obywatelskich, a znalezienie pracy dla byłego więźnia politycznego graniczyło z niemożliwością. Rodzina utrzymywała się głównie ze skromnych zarobków „Luty” oraz z pomocy najbliższych.
Roycewicz był gotów podjąć niemal każde zajęcie, choć stan zdrowia znacznie ograniczał jego możliwości. Przez pewien czas pracował w prywatnej firmie w Warszawie, później został magazynierem w warszawskich browarach. Dla przedwojennego oficera, olimpijczyka i dowódcy jednego z najbardziej znanych batalionów Powstania Warszawskiego była to zupełnie nowa rzeczywistość.


Dopiero 20 lutego 1957 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie uniewinnił Henryka Roycewicza od zarzucanych mu czynów. Po ośmiu latach od aresztowania został oficjalnie zrehabilitowany.
Nie oznaczało to jednak końca problemów. W Polsce Ludowej przeszłość żołnierza Armii Krajowej pozostawała obciążeniem. Roycewicz nazywał ją „akowskim garbem” – piętnem, które ciążyło nie tylko na byłych żołnierzach podziemia, ale często również na ich rodzinach. Syn przedwojennego oficera i więźnia politycznego także szybko przekonał się, że nazwisko ojca może zamykać wiele drzwi.
Dla Henryka najważniejszym znakiem powrotu do normalności była możliwość ponownego znalezienia się wśród koni.
„Chciałem być jak najbliżej koni” – wspominał. W 1957 roku rozpoczął pracę jako trener I klasy na torze wyścigowym na Służewcu. Zajmował się przede wszystkim młodzieżą. Zarobki były jednak niewielkie, a na jego utrzymaniu pozostawali żona i syn, dlatego po pewnym czasie przeniósł się do „Animexu”, gdzie pracował jako inspektor-rzeczoznawca.
Z jeździectwa nie zrezygnował. Uzyskał stopień trenera klasy specjalnej oraz uprawnienia sędziego międzynarodowego, a w 1968 roku rozpoczął pracę w Wojskowym Klubie Sportowym Legia w Starej Miłosnej. Pozostał tam do przejścia na emeryturę w 1973 roku.
Po latach więzienia i przymusowego odsunięcia od dawnego życia znów znalazł się w świecie, który znał od młodości: na zawodach, treningach, wśród młodych jeźdźców i koni. Mogło się wydawać, że historia zatoczyła koło.
Ale przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć.
Pod koniec lat sześćdziesiątych w warszawskim środowisku jeździeckim zaczęła krążyć plotka, jakoby Roycewicz współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa. Jej skutki okazały się dotkliwe. Dawni znajomi zaczęli go unikać, w Polskim Związku Jeździeckim spotykał się z ostracyzmem, odsunięto go również od przygotowań olimpijskich.
Dokumenty zachowane w archiwach IPN nie potwierdzają, aby kiedykolwiek zgodził się na współpracę z aparatem bezpieczeństwa. Przeciwnie – znajdują się w nich donosy, oskarżenia i materiały świadczące o wieloletnim zainteresowaniu jego osobą ze strony służb. Niewykluczone więc, że kompromitująca plotka była jednym ze sposobów izolowania dawnego dowódcy AK od jego środowiska.
Roycewicz nie pozwolił jednak, aby odebrano mu jeszcze raz to, co było dla niego najważniejsze. Po przejściu na emeryturę nadal utrzymywał kontakty ze środowiskiem sportowym i działał w Kole Seniorów warszawskiej Legii.
Po latach więzienia, upokorzeń i życia z „akowskim garbem” odzyskiwał swoje miejsce – wśród ludzi, których znał, i przede wszystkim wśród koni, które towarzyszyły mu niemal przez całe życie.










